Sardynia dzień 2 Porto Corallo

Wypłynięcie z portu i pierwsze podejrzenia

Po zapoznawczym wieczorku w porcie podczas którego załoga wstępnie się zapoznała ze sobą i z kilkoma butelkami rumu, wypłyneliśmy z portu lekko skacowani, ale i zadowoleni widząc nadciągające chmury. 
Udało nam się postawić żagiel i przy sporym przechyle uciakliśmy przed burzą, która szła na południową część wyspy. Pierwsze godziny to adaptacja błędnika na pobyt na morzu, na szczęście o dziwo jestem dosyć odporny na chorobe morską.


Podczas pierwszych rozmów, dochodzi też do bliższego zapoznywania się wśród załogi. Gdzie mieszkasz, co robisz itp. banały. O skiperze słyszałem już nieco wcześniej od byłego kolegi, że niby jest agentem Mosadu, bo kiedyś w młodości zakochał się w arabskiej dziewczynie, którą poślubił. A, że był białym z Polski, tak mu tą jego żonę porwali bracia czyli jego zięciowie, a on dla niej zrobił by wszystko...
Przyznam szczerze, że ta opowieść dla mnie była trochę kiczowata i chciałem skipra co najszybciej sprawdzić, co z niego za człek. Okazja się nadarzyła już podczas pierwszego dnia, podczas zapoznywania się i luźnej gadki. Zazwyczaj u podróżników występuje zjawisko zazdrości dotyczącej ilości odwiedzonych krajów. Więc kiedy skiper się chwalił, że zwiedził całą Afrykę w aucie, nie omieszkałem zapytać jak to było z bezpieczeństwem podczas takich wypraw. "Byliśmy w wojsku i sami sobie zabezpieczaliśmy bezpieczeństwo" odparł, mam Cię pomyślałem. Od razu zadałem mu bezpośrednie pytanie, czy w takim razie służył w niebieskich hełmach, on przyparty do muru odpowiedział tylko, że podpisał odpowiednie dokumentu i nie może powiedzieć. Co od razu podłapał Remigiusz, najstarszy uczestnik rejsu "bo byśmy Cię musieli zabić". Tak więc jest ich co najmniej dwóch, pomyślałem, i nie ciągłem już tematu.    


Tego dnia miało miejsce jeszcze jedno zdarzenie, oprócz paskudnej pogody, jedna z 6 łodzi tej wyprawy rzekomo wpłyneła na skały w pobliżu wyspy Variglioni. Ktoś zadzwonił do naszego skipra no i musliśmy zawracać po nich, jako asekuracja.
Załoga feralnej łodzi siedziała już w kapokach na pokładzie, kiedy podpłyneliśmy. Na szczęście zniszczenia nie były duże o ile wogóle były i udało nam się dopłynąć do pierwszego najbliższego portu w Corallo. W zamian za nasz trud i zmianę kursu, czekała nas tylko zabawna opowieść jak to skiper feralnej łodzi spał nawalony w trupa z najlepszą żoną jego kolegi w koji, a łodzi nikt nie pilnował. No cóż, nie wiem ile w tym prawdy, ale na pewno odseparowano nas od pozostałych uczestników rejsu. 

  

  

Comments

Popular posts from this blog

Sardynia dzień 4 Poltu Quatu

Sardynia i operacja "żołnierz idzie" dzień 1