Sardynia dzień 4 Poltu Quatu

 Polto Quatu - presja co raz bardziej zaczyna narastać

Po raz kolejny zaczynam wachtę z byłym kolegą i jego domniemaną dziewczyną. Pogoda piękna, wiaterek spokojny i po raz kolejny nie udaje się postawić żagla, więc "źeglujemy" na benzynę. Po pierwszych 3 godzinach, następuję zmiana naszej wachty, ale Remigiusz zwraca się do Nysy, aby go zastąpić. Ten jako przydupas zgadza się grzecznie i przychodzi za mną. Za pierwszym razem mu odmawiam, bo przecież jestem na wakacjach, a nie na galerach, ale ten mnie prosi żebym był "dobrym kolegą". Zrobiło mi się go żal, ale naszczęście już po raz ostatni w naszej znajomości. 

Ponownie stawam za sterem, swoją drogą to sobie myślę, że nie zła z nas źeglarska "załoga". Ja z moją fobią z wody, a Nysa pomimo tego że to już jego 5 czy 6 rejs, wydaję się zagubiony i niepewny tego co ma robić. Za sterem nie stawa za chętnie. Ma astygmatyzm, słaby wzrok i choleria wie co z łbem. Na komisji wojskowej zakwalifikowali go do kategorii E. To ja dostałem A z paragrafem za tatuaż a potem musiałem kombinować, aby nie iść w kamasze. Domniemana dziewczyna od Nysy, wogóle nie interesuje się źeglugą, nagrywa kamerą filmiki na Insta. 

Pozostałe uczestniczki czyli Antera i Barbara są zwolnione z wacht. Za to stoją przy garach i to z własnej woli. Widocznie taki miały pomysł na wakacje. Aneta stara się być uwodzicielska względem mnie, ewidetnie wywrzeć na mnie wpływ. A, że się jej to nie udaje to robi się co raz bardziej wścibska. Z typową dla Polaków bezszczelnością, wypytuje mnie, jak to że mi się tak podoba u "pepików". A to mieszkam w Czechach już od ponad 15 lat... Przez to, że ją zlewam, pozostaje jej tylko podglądanie tego co robię na lapotpie lub telefonie, przez moje ramie. W międzyczasie pisząc coś z kimś w swoim telefonie. Tak więc co najmnie skiper, Remigiusz z żoną i ona. Zastanawiam się ilu jeszcze jest klownów na tej łajbie. Co raz bardziej przestają mi się podobać te wakacje. 

No nic, staram się pozostać w dobrym humorze. Płyniemy do Poltu Qualtu, jak powiedział skiper, niesamowitegoi pięknego portu. Nysa z wiernym oddaniem wturuje, jakaż to wspaniała wyprawa oraz wspaniali i wyjątkowi ludzie na niej są. Co raz bardziej patrzę na niego jak na kogoś kto się zatrzymał w rozwoju na poziomie dziecka. W sumie znamy się od przedszkola i się jakoś przez ten czas, przyzwyczaiłem to jego innego zachowania. Sam też należałem do młodych i zbuntowanych "wywrotowców", ale u mnie to była poza, którą przyjąłem zmagając się z trudnymi czasami. 

Tak więc stoję za sterem i staram się z tego dostać "maksimum". Żegluga mnie bawi, jak by powiedzieli Czesi. Skiper czasami coś mi powie o manewrach, trzymaniu odległości, światełkowaniu oraz jak dawać znać innym jednostkom, że się je uwzględnia w żegludze. Skiper jakożto ewidetnie werbownik, oferuje mi że mogę zrobić sobie patent kapitana u jego kolegi w Gdyni. Se myślę, że w Pradze też mogę zrobić patent i nie muszę dylać 1000 km, więc jego wspaniałomyślna oferta nie sprawia na mnie wrażenia.

W końcu dopływamy do Poltu Qualtu, jak zwykle parkujemy z trudnościami, no ale co się dziwić załoga jest jaka jest. Zchodzę na ląd w oczekiwaniu zachwytu nad tym tak wychwalnym portem. No i się mocno rozczarowuję. Kolejny port dosłowanie "zabity" dechami. Praktycznie ani źywej duszy, tylko jedna otwarta resteuracja i pozamykane domy. Remigiusz oświadcza jak typowa polska żona, że możemy co najwyżej na kawę pójść, bo przecież mamy jedzenie na łajbie, które trzeba wyjeść. Normalnie tylko mu brakuje cebuli na głowie. Idziemy więc w grupie na kawę, jak jakieś biedne "Sebiki", tylko dresów nam brakowało. Kątem oka dostrzegam, że pozostałe ekipy biesiadują na całego w restauracji, a my siedzimy na zewnątrz, jak ich jakieś przydupasy co chyba mają im robić za asystę, jak znowu gdzieś staną na skałach. Moje rozgorycznie sięga zenitu. Biorę Nysę na stronę i zaczynam do opierdalać co to za chujnia ta wyprawa. Ten broni zacięcie swoich panów, jakoż to wierny ich sługa, więc zmieniam taktykę. Po "wykwintej" kolacji na łodzie, zaczynam prowokować. Otwarcie krytyzuję program, uczestników i skipra. Aneta oznajmnia z miną mości hrabianki z Chorzowa, że jak chce z nimi pływać to mam się przystosować. Ewidetnie nie przyjmując do świadomości, że nie mam zamiaru im służyć, jak ten przydupas Nysa. Atakuję słownie skipra w nadzieji, że jak zapowiadał na początku z rejsu, wpisze mnie na swój "blacklist" i resztę rejsu będę mógł spędzić już tylko na upragnionym wakacyjnym wypoczynku. Skiper na początku daję się złapać w moją grę, ale wyłapuje to chorzowska hrabianka, krzyczać na niego że go prowokuję. Wieczór się kończy w gęstej atmosferze.   






    


Comments