Sardynia dzień 3 La Calleta
La Calleta
Po przymusowym noclegu w najbliższym porcie, kolejnym rankiem wypływamy z portu. Pogoda się wyklarowała, odsłaniając piękno saryńskiego wybrzeża oraz samej wyspy. Staramy się postawić żagiel, ale bez sukcesu. Skiper nie sprawia wrażenia doświadczonego źeglarza. Widoczne to już było w poprzednim dniu, kiedy wpływając do portu, nie wydał wczas rozkazu przygotowania cum i zahaczył o reling sąsiadującej łodzi przy parkowaniu. Za to stara się nadrabiać "byciem cool". Płyniemy do Callety, które rokuje na większe przejawy turystycznego życia.
Uczestnicy rejsu przyzwyczajili się już do "bujania" na morzu i co raz wyraźniej angażują się do swoich ról. Jak na przypadkową grupę osób, która przyjechała na sardyńskie wakacje, to uczestnicy zachowują się wyjątkowo zorganizowanie. I nie piszę tu o ich umiejętnościach źeglarskich, bo te były prawie znikome. Nie mówiąc o fakcie, że byłem jedyną osobą, która w rejs zabrała zwykłą tanią lornetkę z Decathlonu.
Oprócz już byłego kolegi "Nysy" i jego domniemanej dziewczyny, na pokładzie są jeszcze: "grubasek", na codzień mieszkający w Szwecji, "król gąbki" czyli właściciel firmy produkującej gąbke dla celów medycznych, Aneta z Chorzowa dzieląca koje z Barbarą, właścielką zielarni "Po zdrowie" na Śląsku. No i skiper wraz z Remigiuszem i jego małżonką. Celowo nie poznaję ich danych osobowych.
Na tym etapie rejsu. uczestnicy starają się być mili, rozmowni i zdobyć zaufanie. Rozmowy się kręcą wokół banalnych tematów, o wszystkim i o niczym, tylko nie o źeglowaniu. Podzielono nas na wachty, mnie przydzielono do grupy wraz z Nysą i jego domniemaną dziewczyną. W sumie logiczne bo Nysę jako jedynego uczestnika rejsu znam ponad 35 lat, ale z drugiej strony przydzielono nas na pierwszą i ostatnią wachtę każdego dnia. To oznacza, że wszystkie wypłynięcia i wpłynięcia do portów czyli najbardziej wymagające manewry sa na naszych barkach. Ja jestem po raz pierwszy na morzu, tak samo jak domniemana dziewczyna Nysy. A to inni uczestnicy rejsu chełpili się posiadaniem patentu i wieloma dniami spędzonymi na morzu.
Ale w tym konkretnym dniu, nie chciałem sobie jeszcze tym zaprzątać głowy. Stałem za sterem i rozkoszowałem się zarówno jak nawigowaniem jednostki tak i pięknymi widokami. Po paru godzinach dopływamy do portu w Calleta. Parkowanie łodzi w porcie, znowu idzie jak po grudzie, nota bene niktz załogi nie potrafi obsługiwać CB radia. Obsługa portu przypomina się, że należy zgłaszać przypłynięcie do portu. No nic, zaparkowaliśmy. Schodzę na ląd, eksplorować piękną krainę, w końcu jestem na wakacjach, po prawie 2 letnim covidowym lock downie.






Comments
Post a Comment